poniedziałek, 27 lutego 2017

20. Jak pracuje shinigami

Dobry!
Jak ten czas szybko leci... Już rok istnieje ten blog... Łoborumatkoicórko... Jestem taka stara... :')
Żartuję. Względnie stara nie jestem. Ale to wszystko jest rzeczą względną. Postanowiłam, że w tym roku urodzzin obchodzić nie będę. Bo nie lubię się starzeć, a urodziny niejako są symbolem starzenia się, nieprawdaż?
Liczę, że rozdział dwudziesty Wam się spodoba!

Dravelia

20. Jak pracuje shinigami


Kilka minut po szóstej rano dwie osoby weszły na cmentarz przy akompaniamencie echa dzwonów Big Bena i, starannie omijając błotne kałuże, udały się w stronę kostnicy. Cmentarz był dość wiekowy, bowiem najstarsze tablice, zapomniane przez ludzi, pod warstwą mchu skrywały daty z drugiej połowy dziewiętnastego stulecia, ale nagrobki, które mijało rodzeństwo, w większości pochodziły z czasów im współczesnych. Mężczyzna i kobieta skręcili w lewo kilkanaście nagrobków przed kostnicą i zatrzymali się dokładnie dziesięć kroków dalej.
Ich mogiła nie wyróżniała się spośród setek marmurowych i granitowych płyt nagrobnych, którymi uczczono zmarłych. Różowoszary kamień przykrywały teraz mokre liście rosnącego nieopodal wiązu. Mosiężne litery na pionowej ściance układały się w napis:

Tutaj spoczywa
ANNIKA VILNIUS
* 15.12.1987
† 29.11.2008
R.I.P.

Zaraz obok, po drugiej stronie kamiennego posągu anioła, widniały podobne słowa:

Tutaj spoczywa
NICODEMUS VILNIUS
* 15.12.1987
† 29.11.2008
R.I.P.

„Cóż za ironia — pomyślał Nicodem, przyglądając się krytycznie rzeźbie — że nie przepadam za aniołami, a spoufalam się z demonami”. Na grobie ustawiono pięć zniczy, jeden zgasł, a pozostałe świeciły nikłym płomykiem za kolorowym szkłem.
— Byłoby ciekawie, gdyby na jednym grobie cztery razy napisano piętnastego grudnia — powiedziała Annika, wręczając bratu jeden z dwóch wydobytych z siatki zniczy oraz pudełko zapałek. Pochylili się i zapalili oba lampiony w tym samym momencie.
— Wszystkiego najlepszego, siostrzyczko.
— Wszystkiego najlepszego, braciszku.
Wyprostowawszy się, oboje zapatrzyli się na napisy na nagrobku. Annika ujęła lewą rękę brata. Nicodem czuł ciepło jej ciała, czuł też słabo puls serca. Uśmiechnął się do siebie w duchu. Cieszył się, że mógł z nią żyć nawet po śmierci. Nie żałował swojej decyzji — siostra była dla niego wszystkim, życie bez niej nie miałoby dla Vilniusa sensu, zresztą pozbawiona jej obecności egzystencja mężczyzny zapewne nie potrwałaby długo.
— Jak myślisz, co by było, gdybyśmy wtedy nie skoczyli? — spytała, nie mogąc znieść tej pełnej melancholii ciszy.
— Pewnie skończylibyśmy studia. O tej porze ty już byłabyś zaręczona z jakimś kochającym cię mężczyzną, a ja z atrakcyjną kobietą. Gdybyśmy się nie zabili, nie poznalibyśmy wielu sympatycznych Żniwiarzy ani demonów. Ty nigdy nie spotkałabyś Willa, a ja wciąż nie znałbym prawdy o Rilian i Christopherze. Nasze życie byłoby zdecydowanie nudniejsze.
— Tak sądzisz?
Potaknął ruchem głowy.
— Dlaczego wspomniałeś i Williamie?
Nicodem w milczeniu pociągnął ją za rękę w drogę powrotną. Kiedy tylko znaleźli się za bramą nekropolii, atmosfera między rodzeństwem się rozluźniła, a  a ustach czarnowłosego zagościł figlarny uśmiech.
— Wiesz, dlaczego akurat o nim. — Pokręciła głową, a brat roześmiał się, widząc jej zmieszanie. — Podobasz mu się, to widać gołym okiem.
— Wiem, ale... — urwała. Puściła rękę bliźniaka.
— Mimo wszystko nie potrafisz mu zaufać, bo jest facetem, prawda? — Spojrzał na nią łagodnie. — Nie każdy z naszego rodzaju jest taki jak tamten mężczyzna, który doprowadził cię do śmierci, a zapewniam ci, że Will jest przyzwoitym człowiekiem. Znam go nie od wczoraj.
— Więc nie miałbyś nic przeciwko, gdybym zaczęła się z nim spotykać? — spytała, a potem dodała pospiesznie: — Oczywiście pytam czysto teoretycznie.
— To byłby wasz związek, nie ingerowałbym w niego. Chyba że zacząłby ci robić coś, czego byś sobie nie życzyła i nie miał zamiaru przestać.
Szli ulicą w dość szybkim tempie, by nie spóźnić się do pracy. Londyn powoli przecierał oczy i dopiero się rozbudzał pod jaśniejącym niebem. Chmury zapowiadały długi, mocny deszcz, jedynie nad horyzontem skrawek nieboskłonu miał jasnopomarańczowy kolor. Nicodem umówił się z Arthurem na Grosvenor Square, przy pomniku Roosevelta, a Annika miała spotkać się ze Spearsem na Tottenham Court Road.
— Nie wiem, co o nim myśleć, Nico. Z jednej strony jest całkiem sympatyczny i atrakcyjny, ale z drugiej...
— Daj mu szansę, Annie. Zaufaj mu — powiedział Nicodem niemal błagalnie. Zatrzymał się na środku chodnika i mocno przytulił blondynkę. — Proszę. Będziesz z nim szczęśliwa.
— A ty? — spytała, oddając uścisk.
— O mnie się nie martw. Jest kilka osób, dla których jestem ważny. — Uśmiechnął się lekko, ale Annika tego nie zauważyła. Delikatnie wyswobodziła się z ciepłych, oełnych troski objęć Żniwiarza.
— Dobrze, spróbuję. A ty obiecaj, że kiedyś przedstawisz mi te kilka osób.
— Obiecuję. — Oblicze Nicodema pojaśniało. — A teraz się pospiesz, Will pewnie już czeka.

***

— Dzień dobry, William.
Shinigami rozpromienił się, kiedy ten delikatny, zdawkowy głos wypowiedział jego imię. Podniósł głowę i ujrzał drobną, szczupłą sylwetkę siostry najlepszego przyjaciela. Była zamyślona i... Niepewna?
— Dzień dobry, Anniko. Wszystko w porządku? — Zmarszczył brwi, przyglądając jej się badawczo.
— Tak — powiedziała cicho. — Masz papiery?
W odpowiedzi podał jej szarą, dość grubą teczkę. Kobieta przebiegła wzrokiem przez każdą kartkę z osobna, analizując treść, podczas gdy William cieszył się jej widokiem. Podobały mu się jej oczy — jasne, z wyraźną granicą między zielenią a żółcią, okolone długimi ciemnymi rzęsami, z łagodnie zarysowanymi łukami brwiowymi.
— Większość ofiar to ludzie przed trzydziestką — zauważyła, oddając mu akta. — Pierwszy zgon jest przewidziany dopiero na siódmą pięćdziesiąt na Newman Street. Mamy jeszczenieco ponad godzinę — powiedziała, zerknąwszy na zegarek.
— Chcesz dokądś pójść? — spytał, odpychając się od ściany, o którą się opierał. Zrobił dwa kroki w stronę Anniki. Na ulicy zaczęły pojawiać się pierwsze spieszące się do pracy osoby, przybyło też samochodów.
— Nie, nie powinniśmy. Tak czy siak jesteśmy w pracy, nawet jeżeli tą pracą jest czekanie.
— Okej, zrozumiałem. Co zamierzasz robić przez tę całą godzinę?
Wzruszyła ramionami, schowała dłonie do kieszeni kurtki i odwróciła się od czarnowłosego.
— Zamierzam czekać. Idziesz ze mną?
— Jeżeli tylko masz ochotę na moje towarzystwo, chętnie pójdę z tobą — odparł, ciesząc się w duchu z jej propozycji. — Dziwnie się dziś zachowujesz — zauważył, kiedy ruszyli Russel Street, wsuchując się w odgłosy miasta.
— Nie dziwniej niż zwykle.
— Nie zrozum mnie źle, Anniko. Jesteś bardziej rozmowna. I bez przymusu chcesz spędzić czas z facetem, którego zwykle trzymasz na dystans. Jesteś zamyślona. Coś musi być na rzeczy.
Annika nie spodziewała się, że Will tak szybko to dostrzeże i będzie tak dociekliwy. Nie wiedziała, co powinna mu odpowiedzieć. Przyznać się, że pozwoliła bratu wpłynąć na swoją decyzję na temat zaufania do Willa czy zbyć go, zostawiając powidy takiego zachowania w tajemnicy? Kobieta nie chciała mówić ani jednego, ani drugiego, postanowiła więc zmienić bieg rozmowy.
— Jeżeli ci się to nie podoba, możemy wrócić do relacji z wcześniejszego okresu naszej znajomości — oznajmiła chłodno, nie zaszczycając mężczyzny spojrzeniem. William spoważniał.
— Powiesz mi, co zrobiłem nie tak wtedy, w Bibliotece?
— Wszystko było w porządku — powiedziała cicho — ale zdałam sobie sprawę, że powiedziałam ci trochę za dużo o sobie.
— To źle, Annie?
— Niby nie, ale jednak czuję się pewniej, kiedy moje otoczenie nie wie o mnie tak wiele. Nie lubię mieć wokół siebie nieznajomych, którzy wiedzą o mnie więcej niż ja o nich.
— Zatem jestem dla ciebie nieznajomym?
Pokręciła głową. „Skąd mi się zebrało na takie zwierzenia akurat jemu?”, przemknęło jej przez myśli.
— Z każdą spędzoną z tobą godziną jesteś nim coraz mniej. Ale to nie wszystko. — Westchnęła cicho, przeklinając się w myślach za to, że dał się wciągnąć w tę rozmowę. Żałowała, bo William mógłby po prostu ją teraz wyśmiać. — Jesteś... Jesteś mężczyzną, William.
— Nie da się ukryć. — Uśmiechnął się na chwilę. — Domyślam się, że ta antypatia do mojej płci ma związek z twoim samobójstem? — Kobieta spojrzała na niego, przestraszona. Pomyślała o bliźniaku, ale Żniwiarz kontynuował: — Tak piękna kobieta jak ty nie mogła się zabić bez powodu. Mężczyzna skrzywdził cię fizycznie i od tamtej pory nie pałasz do nas sympatią. Mam rację?
Kiwnęła głową, a potem zapytała, z trudem maskując złość:
— Nicodemus ci to powiedział?
— Nie. Uwierz, że nietrudno było mi to odgadnąć.
Spears chwycił Annikę za rękę i zatrzymał się, zmuszając blondynkę do tego samego. Obrócił ją ku sobie i spojrzał głęboko w jej zielono-żółte tęczówki samobójczyni. W jej oczach ujrzał melancholijny smutek, pomieszany z zagubieniem i niepewnością. Współczuł jej, że musiała przejść przez piekło. Przysiągł sobie, że zdobędzie jej zaufanie prędzej czy później. Osiągnie to nawet gdyby blondynka już na zawsze miała uważać go tylko za przyjaciela.
— Powiedz, co mam zrobić, żebyś mi zaufała?

***

— Czterdzieści trzy osoby... Powaliło ich czy co? — spytał gniewnie Arthur, otwierając gwałtownie drzwi do sypialni małżonków Chloe i Marka O’Donnell. W prawej ręce dzierżył Kosę Śmierci.
— Nie mamy wpływu na liczbę ofiar, Arthur — mruknął Nicodem, wchodząc do pomieszczenia. — Chociaż mogliby tu przysłać jeszcze kogoś.
Pokój był dawno nieremontowany. Z paru miejsc odpadła tapeta, dach nieco przeciekał, a szafa ledwie trzymała się w jednym kawałku. Wytarty w paru miejscach materac uginał się pod ciężarem dwóch sylwetek emerytów. Byli już martwi, ponieważ Żniwiarze spóźnili się z powodu pewnych komplikacji przy wejściu. Komplikacją był kot, z którym jednak Arthur sobie szybko poradził i prawie wyszedł z tej konfreontacji bez szwanku.
Podczas gdy Nicodem przeglądał akta O’Donnellów, Arthur zdążył już osądzić małżeństwo. Rękawem płaszcza, z uśmiechem seryjnego mordercy, ścierał krew z ostrza tasaka.
— Już? — zdziwił się Vilnius, ale postawił stempel na obu kartkach.
Mężczyźni, niewidoczni dla ludzkich oczu, nie trudząc się ponownym pokonywaniem schodów, bezszelestnie wyszli przez okno sypialni na dach kamienicy.
— Właściwie jeszcze nie pochwaliłeś się, jak umarłeś, Arthur.
— Cóż, to dość długa i skomplikowana historia, ale jeżeli chcesz, opowiem ci po drodze — powiedział Polak i ramię w ramię z Nicodemem ruszył w stronę Brompton.
Czarnowłosy zerknął w górę. Niebo wyglądało, jakby zaraz miało runąć na ziemię, grzebiąc ludzi, zmierzęta i budynki — cały Londyn — pod swoim ciężarem na wieczność. Zaklął cicho, uświadamiając sobie, że znów nie wziął parasola i będzie musiał wracać do domu mokry od zimnego, późnojesiennego deszczu.
— No, opowiadaj.
— Za życia nazywałem się Geralt Żiżka, ale to już wiesz. Była to końcówka szesnastego wieku, kiedy się urodziłem. Mój praprapradziad walczył pod Grunwaldem z Krzyżakami. Moja rodzina była bardzo zamożna jak na standardy i rozpustę tamtych czasów. Byliśmy szlachtą i, jak to wśród arystokracji bywa, chciano mnie ożenić z piękną damą, również ze szlacheckiego rodu. Na imię jej było Maria. Mnie było to wszystko jedno, ale ona zapierała się rękami i nogami, jednak konie końców wyszła za mnie. Zdradzała mnie. Z każdym napotkanym facetem. Ale nie kochałem jej, mnie to nie przeszkadzało, dopóki nie zaczęła tego robić z pewnym Szwedem. Właściwie to ówczesny polski król był Szwedem, był to jedyny człowiek z tamtego kraju, którego lubiłem i szanowałem. Gdy zaczęła romansować z tamtym pomiotem Szatana, ja bawiłem na królewskim dworze, dbałem o jegomości sprawy. Okazało się, że Maria spiskowała razem z tamtym psim synem przeciwko mnie i Zygmuntowi. Nazywali króla... Nie ośmielę się powtórzyć ich słów, ale by bronić honoru mojego władcy, chwyciłem za miecz i obojga skróciłem o głowę. Rodzina Marii zaczęła coś podejrzewać, więc uciekłem z Warszawy na południe, w rodzinne strony mego praprapradziada, i tam poznałem Elżbietę. Nie uważasz, że Elżbieta to piękne imię? — spytał w radosnym uniesieniu.
— Owszem, ładne — potaknął Nicodem, ciekaw dalszej historii Arthura tudzież Geralta.
— Elżbieta była kobietą idealną. Śliczna, posłuszna, mądra, uśmiechnięta. Miała tylko jedną wadę — łatwo ulegała wpływom. Kochałem ją, wiesz, Nicodem? Autentycznie ją kochałem. Lecz pewnego dnia doszły do niej wieści o tym, co zrobiłem Marii i temu zdrajcy. Zabiła się, a ja, zrozpaczony jej śmiercią, poszedłem w jej ślady i podciąłem sobie żyły. I tak oto jestem — zakończył z uśmiechem.
— Spotkałeś ją jeszcze kiedyś? Bo skoro sama się zabiła, musiała zostać Żniwiarką — zauważył Nicodem. Dostrzegł, że Arthur opowiadał bez śladów melancholii.
— Prawdopodobnie wyjechała, bo nigdy potem już jej nie spotkałem. Ja sam, jak na kochającego ojczyznę Polaka przystało, nie opuściłem kraju dobrowolnie. Często jeździłem na wyprawy wojenne.
— Przykro mi z powodu twojej ukochanej — mruknął shinigami.
— Nie ma takiej potrzeby. Pewnie teraz jest gdzieś na Sri Lance. Poza tym były kobiety i mężczyźni, którzy potrafili mnie zadowolić — zachichotał. — Nie była ostatnią osobą, którą pokochałem. Kocham wszystko, co piękne, niczym prawdziwy arbiter elegantiae. A zwłaszcza mężczyzn — dodał po chwili namysłu. — Oni raczej nie mają hyzia na punkcie mody. Poza tym... Faceci są cudowni! — Białowłosy westchnął, a Nicodem dałby głowę, że myślał teraz o pewnym demonie, którego Arthur uważał za najpiękniejszy obiekt w całej Anglii. — Homoseksualiści nie mogą mieć dzieci. Z jednej strony ulga, bo to nieziemski wydatek, ale jednak...
Nicodem spojrzał w dół, na asfalt Jubilee Place. Przed nimi rozciągał się widok na całe Chelsea. Brak słońca sprawiał, że dzielnica wydawała się ponura i cicha.
— Następny zgon ma być dokładnie pod nami, na tej ulicy, za trzydzieści sekund. Przyszliśmy na styk — powiedział Nicodem, uprzednio sprawdzahąc godzinę. Wyjął akta ofiary. — Julian Niemirski, obywatel Polski, lat czterdzieści. Ginie pod kołami samochodu dwudziestegi dziewiątego listopada o dziewiątej trzy.
Mężczyzna szedł spiesznym krokiem w stronę King’s Road, zapatrzony w ekran smartfona. Wydawał się być czymś rozdrażniony. Nie zauważył, kiedy niebieska mazda zboczyła z kursu i pędziła prosto na niego.
Po sekundzie ciało śmiertelnika zostało wgiecione w chodnik, a kierowca w ostatniej chwili odzyskał panowanie nad pojazdem, by nie wylądować na ścianie kamienicy. Żniwiarze zeskoczyli z dachu cztery piętra w dół, na poziom ulicy, podczas gdy winny wypadku oddalał się z miejsca zdarzenia, ale okolica, choć cicha, nie była zupełnie pusta.
Arthur niezwłocznie wbił Kosę Śmierci w pierś brązowowłosego, dobrze zbudowanego rodaka. Krew splamiła szary płaszcz nieboszczyka. Shinigami chcieli skończyć to zadanie, zanim zbierze się tłum. Pennyfather w ekspresowym tempie przeanalizował życie eleganckiego mężczyzny, a drugi bóg śmierci postawił stempel na dokumencie. W ich stronę już biegła młoda kobieta. Mimo że nie mogła ich widzieć, poziom adrenaliny w krwi Żniwiarzy znacznie się podniósł. Szybko odeszli od ciała, słysząc, jak kobieta mówi coś do martwego już człowieka.
Gdy znaleźli się za rogiem, zatrzymali się, spojrzeli po sobie i w tym samym momencie wybuchnęli śmiechem. Śmiali się długo i głośno, by przegonić zdenerwowanie, ale na ich szczęście nikt ich nie zobaczył ani nie usłyszał.
— Uciekamy jak przerażone króliki — zachichotał Arthur, opierając się o ścianę.
— Spanikowaliśmy jak amatorzy. — Nicodem ledwie łapał oddech, próbując powstrzymać kolejne salwy śmiechu. — Doprawdy, Arthurze, jesteśmy dziwni.

***

Anthony, z podbródkiem opartm na dłoni, w zamyśleniu przyglądał się spadającym z nieba kroplom. Kochał deszcz, uwielbiał tę melancholię i cichy szum wody, lubił patrzeć na wzory, które zostawiał na szybie. Miał wrażenie, że na czas ulewy świat zwalnia, by zastanowić się nad wszystkim, co się na nim dzieje. Anthony’emu również udzielała się tak refleksyjna atmofera, zwłaszcza wieczorami.
Myślał nad słowami Pennyfathera. Żniwiarz stwierdził, że blondyn ukrywa suę za jakąś maską, a Anthony nie zaprzeczył. Wydawało mu się, iż białowłosy przejrzał go na wylot tymi intrygującymi oczami. I owszem, shinigami miał rację. Przybieranie postaci beznamiętnego właściciela demona, udawanie osoby bez uczuć przychodziło mu czasem z trudem. Z jednej strony było to wygodne, w ten sposób częściowo izolował się od ludzi, ale z drugiej strony, tak jak powiedziała Victoire, potrzebował ich. Chciał się czuć potrzebny i kochany przez drugiego człowieka, chciał mieć świadomość, że komuś na nim zależy. Krył się za tą maską, wierząc, że Silvester w zupełności mu wystarczy, choć wiedział, że to było niemożliwe. Przywiązanie demona do swojego pana nie było tym samym co przyjaźń.
— Powinieneś coś zjeść, Anthony — powiedział stroskany Silvester, patrząc na nietknięte kanapki.
— Nie chcę — mruknął Horowitz, nie odrywając wzroku od szyby. Moonrose widział, że z blondynem coś się dzieje, ale nie wiedział, co. Od wczoraj jadł niewiele, widocznie coś musiało wywrzeć na nim duże wraźenie albo presję. Demon usiadł na krześle obok szesnastolatka i nachylił się ku niemu, opierając łokcie na stole.
— Co cię gryzie? — spytał prosto z mostu.
— Nieważne — powiedział cicho.
— Martwisz się o Scott? A może ta sprawa z nią i Amarensisem już cię męczy? Wiesz przecież, że nie musisz się w to angażować, możesz zrezygnować w każdej chwili.
Anthony potrząsnął głową.
— Nie będę się wycofywać, ta sprawa mnie nie męczy i nie martwię się o nią. — Pod wpływem sceptycznego spojrzenia złotowłosego dodał: — Może trochę. Jest naiwna i czasami irracjonalna. Jest w stanie popełnić jakieś głupstwo, nic dziwnego, że się boję. Ona może zaważyć o moim lub twoim życiu.
— Nie umrzesz przede mną.
— Wiem, Sil. — Anthony odsunął od siebie talerz z jedzeniem. — Dziękuję, ale dziś nie mam ochoty.
— Możesz ze mną porozmawiać, kiedy tylko zechcesz i na dowolny temat. Jeżeli będziesz czuł taką potrzebę, zawołaj mnie, Tony. — Demon nie zamierzał naciskać na swojego pana. Spędził z nim wystarczająco dużo czasu, by wiedzieć, że upór i silna wola Anthony’ego są jak ze stali, ale mimo wszystko martwił się o niego. W końcu miał tylko szesnaście lat i całe życie przed sobą. Silvester wstał. — Przygotuję ci kąpiel.